
Dlaczego w dawnym malarstwie holenderskim aż tyle osób pisze i czyta? Odpowiedź jest prosta: ponieważ od XVII wieku edukacja w Republice stała się niemal powszechna. W kraju, który właśnie rozkwitał gospodarczo, umiejętność czytania, pisania, znajomość kilku języków obcych oraz księgowości były absolutnie niezbędne. Wyspecjalizowani rzemieślnicy korzystali z wielojęzycznych fachowych prac i poradników, protestanci brali Biblię do ręki przynajmniej raz dziennie, wszyscy zaś łakomie pochłaniali pierwsze gazety, wyznaniowe pamflety i polityczne ulotki.
Dla porównania, szacuje się, że w tym samym czasie, czyli w drugiej połowie XVIII wieku, u progu rozbiorów, w Rzeczypospolitej litery znało zaledwie jakieś 10% jej mieszkańców. Jeszcze w 1921 roku aż jedna trzecia (sic!) polskich obywateli nadal głęboko tkwiła w analfabetyzmie, podczas gdy w Holandii zjawisko to już dawno nie istniało, a pisać i czytać nie umieli jedynie ludzie zupełnie wykluczeni społecznie. Według raportu Biblioteki Narodowej (2020) jakąkolwiek (czyli niekoniecznie mądrą…) książkę, na papierze lub czytniku, wzięło do ręki jedynie 42% Polek i Polaków. W Holandii odpowiednio 93%.
Warto chyba o tym pamiętać, gdy na wciąż rosnącej fali „narodowej” megalomanii (czytaj: pychy i głupoty) śni się sny o rzekomej wielkości, planuje odbudowy średniowiecznych zamków, rozpamiętuje odsiecz wiedeńską, fetyszyzuje nieliczne wygrane bitwy i liczne przegrane powstania, a zapomina o pewnej ustawie z 7 lipca 1949 roku (obowiązkowa i bezpłatna nauka dla analfabetów w Polsce Ludowej).
Piotr Oczko, „Pocztówka z Mokum. 21 opowiadań o Holandii.” Znak.
