W Oslo nie da się uciec od natury. Zewsząd tu blisko do wody, czyli Oslofjorden lub zmierzających ku niemu potoków. Obszar miasta obejmuje też wzgórza, w dużej części porośnięte drzewami. Spośród nich najbardziej mnie urzekła „góra dębów”, czyli Ekeberg, która dopiero 20 lat temu oficjalnie znalazła się w granicach miasta. Dziwne, bo to ledwie półtora kilometra od Opery, czyli na mój gust prawie w centrum.
Gdzie Edward Munch usłyszał Krzyk

Zawsze mi się zdawało, że postać z Krzyku Muncha biegnie przez most, uciekając przed czymś przerażającym. Nic podobnego, nikt jej nie goni, ona po prostu ogląda panoramę Oslo z punktu widokowego na Ekebergu. Malarza zainspirował bowiem melancholijny nastrój pewnego spaceru, gdy ujrzał ze wzgórza krwawoczerwony zachód słońca nad miastem, co wywołało silne emocje w jego artystycznej duszy.
…stałem tam i trząsłem się z wrażenia – poczułem nieskończony krzyk przepływający przez naturę.
Gdy w 2013 roku utworzono park, dokładnie w tym samym miejscu Marina Abramowić ustawiła ramę obrazu na potrzeby instalacji pt. Krzyk, aby upamiętnić dzieło Muncha. Spojrzała na krajobraz w dole, po czym wyraziła swoje odczucia… krzykiem, jakżeby inaczej. Następnie ten sam rytuał powtórzyło 270 uczestników performansu, a później zapewne więcej osób, bo rama wciąż tam stoi i czeka. Dziś w jej zarysie uchwycić można również nową siedzibę Muzeum Muncha (po prawej).

Nie wiem, czy z braku artystycznej duszy, czy krwawej łuny na niebie, ale zarówno w tym miejscu, jak i na całym Ekebergu towarzyszyły mi wyłącznie pozytywne emocje: entuzjastyczny zachwyt, błogi spokój i ogromna wdzięczność, że mogę tu być. Jak się nie zachwycać, mając do podziwiania dwie galerie naraz: sztuki i natury.
Ekeberg – tu się podziwia widoki
Mnie do szczęścia wystarczyłaby ta ostatnia, bo w miarę wspinania ukazują się coraz bardziej oszałamiające widoki. Z drugiej strony, wędrując wystarczająco długo wokół wzgórza, odkrywamy różne krajobrazy, obejmujące kolejne dzielnice miasta, a przede wszystkim usiane wysepkami wody fiordu. A i w samym parku co chwila zwraca uwagę jakiś malowniczy zakątek.

Teren jest rozległy i na tyle oddalony od utartych szlaków, że przy odrobinie szczęścia można go mieć tylko dla siebie. Na dole, bliżej bramy i parkingu, jest większy ruch, ale w wyższych partiach udało mi się przez większość czasu eksplorować park w niemal idealnej samotności. Z ludzi spotykałam głównie biegaczy, w tym grupę seniorów, trenujących podbiegi w miejscu, którego mogę im tylko pozazdrościć.
Ekeberg jako galeria sztuki
Trafiłam na ciekawe postaci, ale niekoniecznie ludzkie. Najpierw na stromym zalesionym zboczu zaskoczyła mnie Huldra – żeński demon ze skandynawskich mitów. Ponoć te urodziwe kobiety występują zwykle nago, a ta jest zapięta pod szyję, ale łatwo ją rozpoznać po krowim ogonie. Kiedy indziej widoczna z daleka spacerowiczka okazała się rzeźbą – tak realistycznie pomalowaną, że łatwo się nabrać.


Aby zidentyfikować Marilyn Monroe, musiałam przeczytać tabliczkę informacyjną. A przecież mogłam się domyślić, że to ona, bo rzeźba trafnie oddaje dramat aktorki jako osoby sprowadzanej do trzeciorzędnych cech płciowych: biustu i pośladków. Postaci kobiecych w tradycyjnym ujęciu jest tu więcej, ale w odwecie Sarah Lucas odważnie rozprawia się z seksizmem w instalacji Deep Cream Maradona. Zapewne w myśl zasady oko za oko… coś za coś.


Zainteresowani znajdą w sieci mapki z lokacjami rzeźb na Ekebergu, a może i apki, które poprowadzą optymalną trasą pozwalającą zaliczyć jak najwięcej obiektów, których jest prawie 50. Natomiast informacje na miejscu są na tyle dyskretne, że nie przeszkadzają cieszyć się eksploracją spontaniczną, odkrywać coś przypadkiem i po swojemu interpretować dzieło sztuki, zanim (jeśli w ogóle) się przeczyta, co autor chciał przez nie powiedzieć.
Uroki spontanicznej eksploracji
Gdzieś na uboczu, w mrocznej gęstwinie, znienacka wyrasta przede mną… indiański totem? gigantyczny humanoid? przybysz z kosmosu? Budzi uczucia ambiwalentne, przyciągając i niepokojąc zarazem. Chyba się uśmiecha, ale nie jestem pewna, czy szczerze. Potem przeczytam, że dzieło We come in peace powstało pod wpływem katastroficznego filmu o kontakcie z obcą cywilizacją. Przez lata rzeźba stała na tarasie Metropolitan Museum w NY, a teraz ma w parku małą polankę na wyłączność.


Mało brakowało, bym się potknęła się o kucającą w zaroślach kobietę. Dzięki niej odkryłam kolorowego ptaka, którego – jak sądziłam – podglądała. Okazuje się jednak, że autorka zrobiła sobie autoportret w pozycji, w jakiej oddaje mocz, dlatego rzeźba „poszła w krzaki”. Dla takich odkryć warto odwiedzić Ekeberg, zwłaszcza szukając natury, sztuki i górskich wędrówek w środku miasta.





Odnośnik zwrotny: Park Frogner: rzeźby Gustawa Vigelanda - Sylwa przygodna
Odnośnik zwrotny: Gdzie architektura Oslo spotyka fiord - Sylwa przygodna