Park Frogner: rzeźby Gustawa Vigelanda

Ekeberg, który opisywałam poprzednio, jest na tyle nowy i mało znany, że można go uznać za odkrycie. Dla odmiany Park Frogner, a dokładnie znajdująca się tam plenerowa galeria rzeźby Gustawa Vigelanda, od dawna stanowi pozycję obowiązkową każdej wycieczki, pozostając niezmiennie jedną z wizytówek Oslo.

Początkowo rada miasta zamówiła tylko fontannę, ale przedsiębiorczy artysta przekonał ludzi z ratusza, że najlepiej będzie, jak zaprojektuje od razu cały park wokół niej, a przy okazji zapełni go własnymi rzeźbami. Poprosił tylko o pracownię w pobliżu, w której mógłby zamieszkać. Przeniósł się tam w latach dwudziestych ubiegłego wieku.

Dziś w jego dawnym domu mieści się muzeum, a zgromadzoną w parku kolekcję rzeźb odwiedza ponad milion gości rocznie. Najlepiej udać się tam wczesnym rankiem, zanim pod bramę zajadą autokary wycieczkowe. W przeciwnym razie trzeba będzie stać w kolejce do selfie, a tłum turystów przesłoni rzeźby, których jest sporo, bo ponad dwieście.

Założenie parkowe obejmuje ponad trzydzieści hektarów. Ze względu na zajmowany obszar, sposób rozplanowania oraz dominujący styl dekoracji, całość sprawia wrażenie iście monumentalne. Roślinność, zwłaszcza jesienią, stanowi dopełniające tło dla rzeźb wykutych z granitu lub odlanych z brązu. Przedstawiają postaci w różnym wieku, zazwyczaj pozostające w bliskim kontakcie fizycznym, a nawet splecione ze sobą. Ich interakcje silnie emanują emocjami, choć nie zawsze pozytywnymi.

Rzeźby Gustawa Vigelanda a miłość i rodzicielstwo

monument-w-parku-frogner

Centralnym punktem parku jest Monolit, czyli 17-metrowy obelisk skomponowany ze 121 postaci ludzkich, wykutych w jednym kamiennym bloku. Można by pomyśleć, że to ciała splątane w miłosnym uścisku. Nie wykluczam takiej interpretacji ani oficjalnej wersji głoszącej, że to metafora ludzkiego dążenia ku duchowości. Nic jednak nie poradzę, że sama widzę tu chaotyczną masę ciał skłębionych w walce o przetrwanie. Zresztą w sztuce Vigelanda nawet relacje miłosne wydają się podszyte cierpieniem i podskórnym antagonizmem. Bez wątpienia robi to wrażenie, choć budzi mieszane uczucia, w zależności od upodobań estetycznych.

Należę do tych, których monumentalizm przytłacza i odpycha, a zarazem bardzo źle się kojarzy politycznie. Odrzucam jednak pomówienia Vigelanda o sympatie profaszystowskie, bo nie znajduję dla nich uzasadnienia. Nie zmienia to faktu, że pomijając wymowę polityczną, jego dzieła wpisują się w estetykę zbliżoną do promowanej przez systemy totalitarne. Przebija z nich kult witalności, fascynacja cielesnością i pierwotnymi instynktami, a relacje międzyludzkie oparte są na konflikcie i przemocy.

Ciekawym przykładem ambiwalencji uczuć jest przedstawienie postaci dziecięcych. Trudno dopatrzyć się tutaj rozkoszy rodzicielstwa i zachwycać uroczymi brzdącami. Ja w każdym razie widzę wyłącznie małych terrorystów doprowadzających rodziców do szału. Może to kwestia niezrozumienia legendarnej skandynawskiej melancholii i mrocznej duszy. Bez tego postaci ze sztuk Ibsena czy filmów Bergmana, a choćby i detektyw Harry Hole, mogą fascynować, ale nie sposób się z nimi utożsamić.

Zapewne nie miałby z tym problemu jeden z admiratorów talentu Vigelanda i popularyzator jego twórczości – Stanisław Przybyszewski (ten od hasła sztuka dla sztuki oraz idei nagiej duszy). Poświęcił norweskiemu artyście jeden z rozdziałów swojej książki, gdzie napisał:

Sztuka Vigelanda nie ma nic wspólnego z „nowymi” prądami, „nowymi” kierunkami, nie jest ani starą, ani nową, jest po prostu sztuką: życiem, namiętnością, szałem i głębią, jest objawieniem duszy.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry